T U mnie boli – refleksja o braku refleksji.

Gdzieś pomiędzy stawianiem tzw. żelaznych diagnoz w oparciu o dane obiektywne (możliwe?) a zaufaniu intuicji oraz doświadczeniu, pojawia się pacjent ze swoimi przemyśleniami, obserwacjami oraz intuicją właśnie. Wchodząc do gabinetu, przedstawić może dwie wersje problemu:

1. ta, której się już nauczył, odwiedzając przeróżne gabinety, wysłuchując po drodze przeróżnych diagnoz, ucząc się nazw schorzeń, śledząc internet, fora dyskusyjne,

2. ta, którą chce przedstawić, jako wynik własnych obserwacji oraz tego, co czuje, wie o sobie i chciałby wyleczyć.

Przyjrzę się obu sytuacjom przez pryzmat swoich doświadczeń.

Syt. 1. Pacjent siadając do wstępnej rozmowy opowiada to wszystko, co powiedziano mu o jego dolegliwościach, nazywając to tak, „jak należy”, bo albo uznaje tę wersję, jako istniejącą rzeczywistość, albo chcąc przypodobać się swoją elokwencją, obyciem „w temacie” i rozumieniem zagadnienia. Zazwyczaj obraz kliniczny nijak nie przystaje do tego, o czym mówi. Informacja jest oczywiście wartościowa w swoim przekazie, gdyż informuje wstępnie, co i jak było diagnozowane i jakie próby leczenia były dotychczas podejmowane. Co i tak należy sprawdzić na badaniu obiektywnym, oraz oczywiście badaniem ręcznym.

Syt.2 Mamy pacjenta z dużą nieufnością do bezskuteczności dotychczasowych metod leczenia, gdyż „nikt nie słucha tego, co mówię i próbują wmawiać mi to, co w moim odczuciu jest nieprawdziwe”. Pacjent pokazuje palcem: T U mnie boli, stąd rozchodzą się objawy, stąd promieniuje ból albo dzieją się inne niepokojące reakcje, które są ignorowane przez diagnostów nierozumiejących łańcuchów przyczynowo-skutkowych mogących wywołać takie czy inne o b j a w y.

Jednym z moich ulubionych pytań, które zadaję pacjentom, którzy ewidentnie wykazują chęć współpracy w materii wyleczenia schorzenia, jest :”co panią/pana w rzeczywistości najbardziej boli?” To pytanie o źródło schorzenia, o początek początku problemu, o pierwszy krok, który w pacjencie wykonała dolegliwość, która żyje i doprowadziła go do drzwi gabinetów. Refleksja nad tym pytaniem zazwyczaj otwiera szeroko perspektywę rozmowy, autodiagnozy oraz wspólnej próby znalezienia sposobu wyleczenia.

Tytułowe „T U mnie boli” jest niczym innym, jak wyrazistym sygnałem : czuję i podejrzewam, że stąd jest cały ból, że tu się ulokował i TO właśnie mnie najbardziej niepokoi. Koncentrowanie się nad jakimiś obocznościami jest marnowaniem czasu i niepotrzebnym rozwlekaniem procesu leczenia, niejednokrotnie kosztownym.

Po dokładnym wysłuchaniu chorego, po rozmowie, w której rysuję potencjalne drogi „podróży choroby”, stajemy przed wyborem – za co się bierzemy najpierw? Miejsce aktualnego bólu jest zazwyczaj bardzo wartościowym oknem wprowadzania bodźców w organizm, gdyż to ono woła – pomocy! To nim ciało sygnalizuje o niemożności poradzenia sobie z kłopotem, jakimkolwiek on jest – fizycznym czy emocjonalnym. Przeciążony układ wzajemnych oddziaływań narządów nie kłamie i nie daje się okłamywać pięknymi słowami prosto z podręczników. Dialog z organizmem jest czysty i prawdziwy, nie pozostawia wątpliwości, czy podjęte wspólnie z pacjentem leczenie ma sens czy nie.

Pacjent i terapeuta wspólnie moderują proces leczenia, którego ani przyśpieszysz ani opóźnisz, on ma swoją dynamikę, tempo, natężenie, niejednokrotne wzloty i upadki. Wszystko to uzależnione jest od stanu organizmu chorego, jego sił, rozstrojenia, niejednokrotnie wymaga on odpoczynku, przerwy, wzięcia oddechu, bo inaczej można „przesolić”, przestymulować organizm.

„T U mnie boli” nie jest fanaberią pacjenta, jest wielką pomocą w procesie współpracy chorego z terapeutą i pasowałoby mu zaufać, przynajmniej w części, jeśli już wzbraniamy się całkowitego zawierzenia pacjentowi. Choć to dość dziwna postawa, gdyż komu tu wierzyć, jeśli nie temu, kto przychodzi prosić o pomoc w bólu… Na „TU mnie boli” warto mieć oczy i uszy szeroko otwarte.

 

Najbliższa sobota, tj. 25.1...
Koło, sfera, łuk - najdoskonalsze formy konstrukcyjne ciała.