Kolejny mit idzie pod nóż

Mit dotyczy przewidywalności procesu leczenia – „zrobię to i to i uzyskam ten czy ten efekt”

Przeczytałem wczoraj artykuł we Wprost o lekarzu, który „poluje” na homeopatię, a tak po prawdzie na wszystko, czego ni da się wybadać naukowo. Jak pisze autor artykułu „Leci po: jodze, ajurwedzie, masażach, tolerancji, bioenergii…” Pojawia się tam zdanie: „homeopatą zostaje lekarz, który ma dwie lewe ręce i jedną półkulę mózgową”. To jest opinia profesora… Pozostawię to bez komentarza.

Dlaczego o tym zacząłem. Myślę, że ten artykuł pokazuję dogłębne niezrozumienie leczenia. Nie mówie tu o warsztacie rzemieślniczym wymaganym przy – dajmy na to – złamaniu nogi i umiejetnościach potrzebnych do jej dobrego poskładania. Nie mówię o umiejętności założenia gipsu na przetrącony bark, bo to także wielka sztuka. Mówię o podstawowej prawdzie dotyczącej leczenia: jest ono niezależne od terapeuty.

Lecznie (się) jest jedną z podstawowych właściwości każdego żywego organizmu. Odbywa się niezależnie od woli, gdyż jest elementem przeżycia, swojego rodzaju systemu obrony każącego przeżyć jak najdłużej, by móc przekazać siebie kolejnemu pokoleniu. Im organizm sprawniejszy, na co wiele razy wskazywałem już, tym to leczenie idzie mu sprawniej, łatwiej. Przykładów mamy pod ręką mnóstwo: choćby najprostsze przecięcie skóry – zabliźni sie samo, bez pomocy, a jesli ulegnie zabrudzeniu – organizm będzie to sam czyścił, miejsce będzie ropiało, bronilo się a więc i leczyło. Wysterczy, by pękła kość – sama sie sklei przecież bez konieczności zewnętrznej interewencji. Katar? Wiadomo – przysłowiowe 7 dni i po temacie. To w pewnym sensie upraszczanie ale z takim zjawiskiem mamy do czynienia na każdym poziomie zachorowań i zdrowienia.

Leczenia w sumie nie widać, choć da się je wymierzyć i wybadać laboratoryjnie, jeśli to komuś jest niezbędnie potrzebne do uwierzenia w nie. Efektami leczenia bowiem są zmiany w wynikach krwi ale także w funkcjonalności leczącego się. Z leżącego dajmy na to zaczyna być siedzącym, chodzącym, co zdecydowanie zmienia jego/jej wyniki wydolnościowe. W moim odczuciu jednak najważniejszym pomiarem jest ten, który dotyczy samopoczucia, gdyż to ono jest absolutnie ostatecznym miernikiem zdrowia.

Jeśli ktos pyta mnie, na czym polega działanie tego czy innego zabiegu, który wykonuję – umiem to wyjaśnić, ale do pewnego momentu. W pewnej chwili kończy sie jakakolwiek wiedza i zaczyna zaufanie do Natury. Że Ona biorąc naszego ‚chorego” w ręce wie lepiej, co zrobić, by mu poprawić zdrowie, że to Ona nachyli się nad nim i w swoim wewnętrznym nieomylnym konsylium zdecyduje o wyborze metody leczenia. Że Ona puści do mnie oko i powie: nie martw sie już, teraz ja to zrobię dla Ciebie, dla niego.. I to zaufanie pozwala mi osobiście wiedzieć (nie tylko wierzyć), że nie szkodząc – pomogę, że pomagając – leczę, że lecząc – czynię dobro. Brak ufności w siłę Natury jest w moim odczuciu pychą i igraniem sobie z Kimś o wiele wiele mocniejszym, niż setki profesorów małej wiary i zadufanych w sobie ludzi.

cdn ( o ile będzie to konieczne) 

podsumowując – to chyba będzie to:

http://www.youtube.com/watch?v=WeILrskHZ4k&feature=related

Aikido a kręgosłup..
Walki z mitami ciąg dalszy..