Dlaczego warto nie nosić zadartego nosa?

Utarło się powiedzenie,że noszenie zadartego nosa w górę jest oznaką pyszałkowatości, nadmiernie rozbuchanej dumy i pokazywania światu, gdzie ma się wszelkie jego sprawy. Nie jest ono dalekie od prawdy zapewne. Ja dodałbym do niego swoje trzy grosze: noszenie zadartego nosa ku górze jest dowodem niechlujstwa w kwestii utrzymywania postawy ciała, jest niejednokrotnie objawem wysokiego poziomu lęku lub/i skumulowanej w ciele złości.

Aby uporządkować ten wywód zacznę może od kilku zwyczajowych słów o anatomii górnego odcinka kręgosłupa szyjnego. Szyja w swoich 7miu kręgach (nie, nie dantejskich, proszę się nie zapędzać!) posiada 2, które w pewnym sensie nie pasują do reszty: pierwszy i drugi. Atlas i obrotnik, gdyż to własnie o nich mowa, odgrywają w niej swoje odrębne role, jednocześnie współuczestniczą w mechanicznej pracy pozostałych pięciu kręgów. Atlas dźwiga głowę utrzymując ją na swoich delikatnych wyrostkach, którymi tworzy połączenia z wyrostkami kości potylicznej. No więc mamy już pierwsze dwa stawy. Ruchu w nich może niewiele, ale tym, który jest najistotniejszy jest ruch zgięcia i wyprostu, czyli mówiąc po ludzku, kiwania głową ku przodowi i tyłowi w najbardziej podstawowym zakresie. Na tym połączeniu dochodzi także do skrętu (rotacji), który występuje przy pochyleniu głowy w bok oraz nieznacznych przesunięć bocznych atlasu. Atlas osadzony jest na obrotniku, dzięki któremu zachodzi w największym stopniu skręt głowy w obie strony. To podstawowa czynność tego połączenia. Dzieje się to dzięki zębowi kostnemu sterczącemu ku górze z przedniej części łuku kręgu. Poniżej obrotnika mamy już „zwykłe” kręgi szyjne płynnie przechodzące swoją budową w kręgi piersiowe.

Logika pracy ciała jest taka, by w stanie równowagi środek ciężkości głowy padał na środek płaszczyzny podstawy ciała, czyli figury, która uzyskamy przez obrysowanie konturów stóp – będzie to plus minus romb, ewentualnie prostokąt, zależnie od tego, jak ustawimy stopy. jest to podyktowane oszczędnościami energetycznymi ciała, jak i ergonomią pracy, czyli wykorzystywaniem minimalnych nakładów dla uzyskania maksimum efektów. Wszelkie zmiany, które wyrzucają środek ciężkości poza jego prawidłową pozycję, natychmiast uruchamiają konieczność wysilenia się ciała, by powrócić do tego swojego „lenistwa”.

Szyja obudowana jest wielorakimi mięśniami – zarówno długimi, jak i krótkimi, zarówno powierzchownymi, jak i głębokimi. Jedne się łatwiej obkurczają, jedne znów rozluźniają tracąc swoją wartość podporową i sterującą. I w sumie nie byłoby to nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż pomiędzy nimi jest grupa niewielkich mięśni, które są nieprawdopodobnie wrażliwe na wszelkie zmiany czegokolwiek, co ich dotyczy. Powiem wręcz: są przewrażliwione na swoim punkcie a niestety nie da się z tym nic zrobić. To mięśnie krótkie podpotyliczne. Kilka niewielkich pęczków mięśniowych a tyle zamieszania. Ale jakiego zamieszania?

Otóż: mięśnie podpotyliczne są wypełnione przeogromna ilością czuciowych zakończeń nerwowych odbierających każdą zmianę ich napięcia tudzież napięcia okolicznych tkanek tudzież napięcia mięśni aparatu żucia zespolonego z nimi odruchowo tudzież tudzież tudzież… reagują praktycznie na wszystko i proszę mi wierzyć – jestem daleki od fantazjowania w tej materii. Przechwytując to napięcie, przejmują je jako własne, zwielokrotniając jego wpływ na ciało. Jako chyba najlepszy przykład ich wszechwpływu na ciało podam prostą obserwację: nadmierne napięcie prawej lub lewej strony mięśni podpotylicznych zaburza na tyle napięcie mięśni wokoło kręgosłupa, że test obciążenia obu stóp wykonywany na dwóch wagach (każda ze stóp stoi na oddzielnej) wykazuje kilkukilogramową różnice obciążenia nóg nie odczuwaną przez badanego w żaden sposób!!! To z mechaniki. Ale gdzie o odruchach, które tak bardzo lubię?

 

Już się poprawiam.

Najprostszą procedurą badania ale i terapii zaburzeń połączenia głowa – szyja jest tzw. dekompresja połączenia szczytowo-potylicznego. Zabieg polega na ułożeniu głowy badanego na rękach terapeuty, wsunięciu palców pod potylicę i.. no własnie – i co? Czekaniu? Czytaniu tego, co mówią ręce? A może raczej co mówi ciało w odpowiedzi na „wsadzanie łap w jego sprawy”? Wszystko po kolei. Wszystko. Odczytywanie tego, co dzieje się pod potylicą, jaki jest stan mięsni, która ich część wydaje się bardziej naprężona, reaktywna no i wreszcie c o w pozostałej części ciala zechciałoby zareagować na zmniejszanie nieprawidłowych naprężeń w tym miejscu.

Co dzieje się, gdy ciało odreagowuje? Mogę wesprzeć się jedynie obserwacjami dotychczasowych sesji i tego, co widziałem i doświadczałem z moimi pacjentami: drżenia, drętwienia, wrażenia ciepła, zimna, wszelkie mikstury emocjonalno-fizyczne od płaczu, przez śmiech, „głupawki” po ból osiągający czasem krańcowe wartości. Wrażenie zatykania gardła, chrypa, łzy, tudzież całkowite zwiotczenie ciała aż po wejście w stan graniczący ze snem. Dużo tego.

Wysuwanie szyi ku przodowi czyli własnie unoszenie nosa ku górze, zaciska kręgosłup na mięśniach podpotylicznych wykonując coś, co można porównać do gilotynowania ich. Ucisk wywołany naprężeniem mięśni obręczy barkowej unoszonej „na siłę” albo – co bardzo częste wbrew pozorom – zaciskanie zębów i kłopot gotowy.

Procesy te dzieją się zazwyczaj latami, trwają, ugruntowują się, identyfikujemy je, jako nasza „normalność”, jako stan, z którym żyjemy. IM DŁUŻEJ, TYM GORZEJ. Im dłużej, tym trudniej z tego wyjść. Bóle głowy nie ustępujące na leki, zawroty głowy, mdłości, trudności z koncentracją, podirytowanie, senność, kłopoty z pamięcią… A wszystko przez – przykładowo – nieprawidłową pozycje przed komputerem, laptopem, w samochodzie, w czasie spaceru… Wszystko przez noszenie nosa do góry.

 

Jakże aktualne..
Air, breath and tears – and what is next?