Książki

Pomyślałem sobie dziś, że napiszę o książkach. Jest w tym pomyśleniu jakiś błąd, bo o nich nie powinno się pisać za wiele, a raczej je czytać i wyciagać z nich to, co najważniejsze, no ale powiedziałem do siebie „a” – muszę tu powiedzieć „b”.

Mój ulubieniec Andrzej Stasiuk stwierdził kiedyś, że książki mają wywracac świat do góry nogami. Że po ich przeczytaniu nic nie ma być już takie, jak przed. I ja napiszę o kilku, które mam i do których zawsze wracam, gdy coś staje sie dla mnie niejasne, gdy potrzeba jest uprościć zawiłe lub po prostu dowiedzieć się jeszcze i jeszcze i jeszcze i znów.

Książki są magicznym źródłem, z którego piją przede wszystkim oczy i wyobraźnia. Do nich dołączają się niejednokrotnie marzenia. Książki żyją swoimi żywotami, mają gdzieś swoje początki, w czyimś sercu a może umyśle, rodząc się, przynoszą sobą na świat zmiany. Są prezentami dla innych, w których mają się zagubić, by się odnaleźć, jako kompilacja dotychczasowej wiedzy połaczonej z tym czymś nowym. Książki są czarodziejami, którzy pojawiają się na półce i zabierają nas w nieznane, w podróż, która za każdym razem staje się odkrywaniem, zachwytem i oczarowaniem.

Ja na swojej drodze zawodowej tez miałem kilka takich książek i nimi sie chcę podzielić.

1. Alan Stoddard: Techniki Osteopatyczne, książka, którą wraz z Atlasem Technik Manipulacji i Injekcji Jamesa Cyriaxa dostalem w 1993 od Davida MacKellara , osteopaty mieszkającego na stałe w Norwich.  Byłem wtedy studentem III roku i nosiłem w sobie nieopisany głód wiedzy. Mogę powiedzieć, że jadłem, co mi się nawinęło, ale po pewnym czasie zacząłem staranniej dobierać potrawy. I to, co znalazłem w tych dwóch pozycjach było zaproszeniem do Hiltona, zamiast do McD. Nie chcę piać tu do nieba na temat ich zawartości, ale merytorycznie są to podręczniki na 5. Pisali je lekarze, którzy do dyspozycji nie mieli jeszcze nic, poza własną wiedzą, rekami, intuicją oraz aparatem rentgenowskim. Wszystko w temacie. Reszta to praktyka. Opisane tam techniki stały się przecież podwalinami szeroko rozumianej terapii manualnej. Wiele z nich stosuje się do dziś i nie sądzę, by czas ich był policzony…

2. Karel Levit i jego Terapia Manualna w Chorobach Narządu Ruchu. Kiedy pierwszy raz usłyszałem o tej książce, bardzo chciałem ją mieć. Była – mogę otwarcie użyć tego słowa – modna. Nie wypadało wtedy nie czytać Lewita, jesli chciało się choćby na końcu, ale dołączyć do niewielkiego jeszcze grona terapeutów manualnych, którzy grupowali się na spotkaniach sobotnich w warszawkiej AWF na naszym Wydziale RR. Siedziałem tam praktycznie niczego nie rozumiejąc, ale chłonąłem te słowa, które później okazało się znaczą więćej, niż myślałem. Więzadła, punkty spustowe, zaburzenia czynnościowe… Wreszcie kupiłem za jakieś giga na ówczesne czasy pieniądze, ksero Lewita i …się rozczarowałem. Nadal niczego nie rozumiałem. Książka była pełna wiedzy tak hermetycznie innej od tej, którą pakowano nam na studiach. Była po prostu trudna. Gdzieś coś dzwoniło, gdzieś jakieś przebłyski bylo widać, ale generalnie mrok i zwątpienie. Czytałem ją więc raz, potem drugi, trzeci… w międzyczasie ucząc się z innych źródeł oraz przede wszystkim od wspaniałych nauczycieli: mojego Profesora, od Jacka, Grzegorza, Łukasza, Karola, Krzyśka. Ilość zbieranych danych przerastała mozliwości mojego procesora, choć światlo w tunelu wskazywalo na to,że się przestawia na nowy typ pracy…

3. Andrzej Rakowski i „Kręgosłup w stresie”. Koncepcja, którą w absolutnie rewolucyjny sposób wpraowadzał na rynek Andrzej, okazała się i do dzis dnia takową pozostaje, jasną stroną mocy. Przy zmasowanym wręcz sprzeciwie środowiska nie tylko lekarskiego, ale i fizjoterapeutów, Andrzej postanowił iśc pod prąd i pokazać, że jego doświadczenie i zebrana na przeróżnych poligonach wiedza, potrafią się obronić a słowa „stres a ciało”, „myślenie a ciało” czy „emocje w ciele” to nie jest przypadkowe sklejanki dla wywołania większego wrażenia na odbiorcach, a rzeczywistość otaczająca nas, żyjąca w nas, będąca nami właśnie. Nauka pod okiem Andrzeja, niejednokrotne polemiki ale i szeroko otwarte oczy i uszy to był w moim zawodowym życiu mega wielki przełom. Potem pojawiła sie na rynku „unowocześniona” wersja tego podręcznika, która wyszła pod jednoznacznym tytuem Terapia Manualna Holistyczna, która w moim widzeniu zagadnienia nazywanego szeroko fizjoterapią w dysfunkcjach narządu ruchu, jest chyba najlepszym podręcznikiem tego typu na rynku. Ech…

4. Ibrahim A. Kapanji ze swoim trzytomowym dzieckiem Fizjologia Stawów. Książka, bez której nie byłbym tu, gdzie jestem. Moge w pełni otwarcie tak napisać. Jedna z ulubionych książek Profesora, którą uwielbiał się podpierać podczas uświadamiania swoim niewielekapującym studentom, o co w tym wszystkim biega i jak działają ręce, stopy, kolana i dlaczego biodra są tak ważne. Kapanji jest dziełem udanym, zahartowanym w boju i niezwykle jasnym. Bez tej pozycji nie widziałbym tego, co widzę i nie wiedziałbym tego, co wiem. Dziesięć gwiazdek w zestawieniu.

5. Gregory P. Grieve i jego prace: Manual Therapy oraz Common Vertebral Joint Problems: Nie poznałem nigdy Gregory Grieve’a ale ponieważ przy jego nazwisku pojawiało się słowo Norwich, wiedziałem, że muszę się z nim skontaktować. Pisałem, pisałe, aż wreszcie odpowiedział. I zaczął dosyłać mi swoje ksążki, ot tak, za friko, mlodfemu fizjoterapeucie z dalekiej Polski, bo przypominało mu się, że kiedyś i on byl tak głodny wiedzy. W jednej z ksiązke napisał: „I TAK NIE DOCZYTASZ DO KOŃCA ;-)”. Fakt, pozycje te są wręcz encyklopediami ale ilość wiedzy tam zawartej i jej jakość są warte czasu nad nimi spędzonego. Bezdyskusyjnie.

6. Zbigniew Garnuszewski i jego dwutomowa Akupunktura: książka, która przekonała mnie, że ciało działa w sposób o wiele bardziej sprytny, niz mi sie wydawało kiedykolwiek i o wiele bardziej zmyślny, niz podejrzewałem. Nigdy do końca nie zdobyta, nie odkryta w całości, niezwyczajna tajemnica samej siebie.

7. Andrew T. Sill : Osteopatia. Mam u siebie przedruk tej książki z 1910 roku i jest ona dla mnie nieskończonym zaskoczeniem. czytam jej fragmenty co jakiś czas i nie moge się jej nadziwić. Czlowiek, który ją pisał, był praktykiem w swojej dziedzinie i praktykiem ponad wszystko. Spisał siebie na kartki książki takim, jakiego chciał, by zapamiętali go czytający ten podręcznik a więc poszukującego, czesem poddającego w wątpliwości to, co widział, a czasem rygorystycznie idącego za głosem doświadczenia, jakże róznego, niż obecnie, bez MRI, usg, diagnostyki z krwi i Bóg jeden wie, czego jeszcze. Nie znam efektów jego pracy, nie doczytywałem się o tym, ale zadziwiające są niektóre choćby schorzenia, którymi Still sie zajmował, łupież choćby. Niekoniecznie traktowałbym ją jako relikt przeszlości…

8. John Upledger i Craniosacral Therapy. Książkę tę chłonąłem całym sobą w okresie mojej pracy w Konstancinie. Jak po otwarciu wielkich wrót prowadzących na szeroki step, tak ja przekroczyłem pewien próg, poza którym leczenie stalo się nie tylko przyjemnością, ale wręcz samonapędzającym się uśmiechem. Propozycja Upledgera jest zaproszeniem do podróży przez nieznane, ale w pełni zaufania do obszaru, po którym wędrujesz – ciała ludzkiego. Upledger uspakaja – ciało ma w sobie siłe do samowyleczenia, tylko spróbuj ją uwolnić. Papa John, bo tak się podpisał na zdjęciu, które do dziś mam w swoim gabinecie, był wizjonerem, jakich mało, a za jego wizją poszło już zbyt wielu, by uznawać go za szaleńca. I w jego wizji spełnia się to, co miała ona nieść – czynienie ludziom dobra poprzez uzdrawianie ich, niejednokrotnie z głeboko zakorzenionych schorzeń. Upledger pokazał, czym jest relaksacja somatoemocjonalna, czym są cysty energetyczne i po co są w człowieku powięzie. Magia.

Z pewnością mógłbym wymienić jeszcze kilka, ale wystarczy. Co chcę powiedzieć? Że książki warto czytać, trzeba czytać, że – choć jak wielu twierdzi – z książek się nie nauczysz, powiem nieco przekornie – bez nich pozostanie się li tylko patrzącym w mrok. A tam niewiele niestety widać. Parafrazując niegdysiejszą reklame Toyoty, którą widzialem na wjazdówce do Zakopanego:

KSIĄZKI GÓROM! 😉

 

Biodra...
Najbliższa sobota, tj. 8.02, jest dniem pracy w gabinecie