Gojenie. Jesteśmy świadkami cudów.

Proces gojenia jest podstawowym elementem przetrwania istoty żywej na ziemi. Wszystko, co spotyka także nas, ludzi, co doprowadza do choćby najmniejszych uszkodzeń, natychmiast wychwytywane jest przez nasz wewnętrzny system wczesnego reagowania i w miejsce uszkodzenia rzucane są siły naprawcze.

 

Człowiek, jako istota żywa, postawiony jest na ziemi, by żył w swoistym spokoju, dobrobycie wewnętrznym i mógł korzystać z życia, zdrowia  w sposób przynoszący mu korzyść, dobro, a także pozwalający na rozdawanie tego wokoło. Innym ludziom. Promieniowania dobrem ze wszystkich swoich komórek. Człowiek posiada gwarancję tego, że na straży jego integralności zdrowotnej stoją mechanizmy samonaprawcze. Czego one dotyczą?

Wszystkiego, czym jest. Bo obejmują zarówno ciało, jak i ducha, który niby nie jest widoczny, ale dość wyraźnie przegląda się w stanie tkanek, ich reaktywności, żywotnośći, energetyczności.

 

Najprostszym przykładem działania procesu gojenia jest to, co dzieje się po zranieniu skóry. Nie potrzeba specjalnych procedur, które włączą coś w ludzkim ciele, gdyż to ono od razu wie, co się wydarzyło. Natychmiast uruchamiają się procesy, które mają na celu zahamowanie krwawienia, zalepienie rany a potem wygojenie skóry w miejscu urazu. I nawet jeśli na drodze stają mikroby, które brudzą ranę, organizm zwalcza to wszystko, pojawia się odczyn, rana ropieje, ale ciało walczy o swoje. Mija trochę czasu i zapominamy o problemie.

 

Podobnie sprawy mają się z choćby złamaniem kości, które – to oczywiste – o wiele bardziej skomplikowane, ale zalewanie się odłamów kostnych, czyli gojenie się rany kości, odbywa się tak samo. Naderwane ścięgno tudzież rozerwana torebka stawowa także się wygoją samoczynnie. Krwiak po uderzeniu. I nie zastanawiam się teraz, jaki będzie ich wygląd tudzież funkcjonalność. Wszystko w ciele pracuje na rzecz akcji: TRZEBA IŚĆ NAPRZÓD. Te same procesy toczą się w obrębie narządów wewnętrznych, gdyż najważniejsze dla ciała z punktu widzenia biologii jest ŻYĆ JAK NAJLEPIEJ, NAJSPRAWNIEJ. Czy proces ten nazwiemy gojeniem, czy zdrowieniem – nie ma to najmniejszego znaczenia. Jest on c u d e m samym w sobie, z którego istotności istnienia wielu nie zdaje sobie sprawy. Dopuszczając więc istnienie zdrowienia fizycznego, nie można nie wspomnieć o gojeniu / zdrowieniu emocjonalnym, emocjonalnym, duchowym, czy jakkolwiek je sobie nazwiemy.

 

I znów trzeba sięgnąć do zwrotów językowych, które w jasny sposób oddają sens tego, co będzie poniżej.  Weźmy znów na warsztat serce, bo chyba ono jest najbardziej obrazowo reprezentowane w języku. „Ona zraniła mi serce”, „pękło mi serce”, „ma przetrącony kręgosłup”, „złamało mu to życie”, „wyszedł z tego poraniony” – to tylko niektóre zwroty mówiące jakże obrazowo o tym, jak ludzie postrzegają swoje wnętrze przez pryzmat urazów. Emocje człowieka się ranią, funkcjonalność tkanek się uraża, sedno człowieczeństwa – serce – poddawane jest niejednokrotnie próbom, z których wychodzi poranione właśnie. I co z tym dalej. Idźmy za sercem więc: „serce krwawi”. Wiadomo – nie jest to odzwierciedlenie fizycznego zjawiska wynaczynienia ze światła naczyń serca, ale tego, jak wyobrażamy sobie cierpienie powodowane zadanym urazem naszych emocji. A dalej: „czas leczy rany”, ” zabliźniły mi się już rany po tamtym” – nic dodać, nic ująć. Blizny, które tworzą się na emocjach serca są jasnym znakiem tego, że było mu momentami trudno, ale chce mu się żyć i chce dalej zdrowo i zgodnie ze swoim przeznaczeniem odgrywać rolę serca pomiędzy innymi emocjami. Na emocjach tez powstają blizny i one właśnie wskazują na to, że za sobą mamy już to i owo. Ale do usług mamy właśnie tę wszechpotężną siłę, która pcha nas ku życiu, radości, spokojowi, ku równowadze.

 

Nie wspominam tu świadomie o sprawach wszelakich samookaleczeń emocjonalnych, lub sypania sobie soli w rany, które zamiast goić się – są rozdrapywane takimi czy innymi potrzebami trwania w zranieniu. T y c h zjawisk jest t a k dużo, że nie zmieściłoby się to chyba na żadnym blogu, ufff… nie wspominam tu też o tych, którzy świadomie i otwarcie godzą się na własną niechęć do pracy nad zdrowieniem, nad gojeniem. Nie wspominam tu także o tych, którzy zamiast skupić się na sobie, życie marnotrawią na życiu życiem innych ludzi, odgrywaniu się na nich za własne rany, które zamiast ich czegoś uczyć i pomagać wyciągać wnioski – przepinają styki na rewanżyzm, mściwość i zaspokajanie mocno płytkich instynktów.

 

Mam czasem wrażenie, że ludziom trudno jest jednoznacznie opowiedzieć się za gojeniem siebie właśnie. Swoich przeżyć, ran, urazów. Że stan trwania w nich odpowiada im o wiele bardziej, niż przekonanie i doświadczanie tej wolności zdrowienia. Po raz kolejny potwierdza się powiedzenie, iż chorować jest bardzo łatwo, zdrowieć mimo wszystko trudniej, bo t o jest dowodem na nasz stosunek do Życia. Do tej Niezwykłej Mądrości, która przed oczami ma nasze szczęście, równowagę i spokój.

 

Ufność w wyzdrowienie nie ma związku z tym, czy problem trwa 25 lat, czy miesiąc, czy dzień. Nie ma znaczenia, czy i jak głębokie są rany. One się g o j ą. Wystarczy chcieć, mieć odwagę do poddania się sile, która potrafi więcej, niż się nam wydaje w najśmielszych snach. Gojenie ran fizycznych i emocjonalnych to nasza wszechpotężna broń, która jako jedyna na świecie nie służy do zabijania a wręcz przeciwnie – do zaprowadzania pokoju. W obrębie naszych ciał i dusz. Wystarczy zaufać i wyskoczyć z kolein myślowych. Pogodzić się. Wziąć życie w objęcia. We własne ręce. Wystarczy sięgnąć. Uwierzyć w cud w nas. Wystarczy zaufać…

 

 

Polecam pozycję dla tych, którym na sercu leży...ich własne serce.
Drżenie ciała w trakcie terapii - do zdrowienia przez zaskoczenie.