„Czy przyjmuje pan trudnych pacjentów?”

To pytanie słyszałem już wiele razy i za każdym zastanawia mnie ono bardzo. Zastanawiam się, gdzie przebiega granica między „łatwością” a „trudnością” pacjenta. Zastanawiam się, skąd w ogóle ten podział się wziął i kto wpuścił go w obieg. Co powoduje, że danego człowieka traktuje się jako „trudnego pacjenta” a jeszcze bardziej, jako „trudny przypadek” i nie chodzi tu jedynie o semantykę.

Mogę się jedynie domyślać, co spowodowało ten stan.

A teraz napiszę od siebie. Trudny pacjent to ten, który nie jest zainteresowany zdrowieniem, który nie rozumie, iż jego zdrowie leży w jego cierpliwości, regularności ćwiczeń i zrozumieniu procesu dysfunkcji. To ten, którego roszczenia względem terapeuty przewyższają jego gotowość do samodzielnej zadanej pracy. To także ten, który unika prawdy w leczeniu, a zasłania się półprawdami, zasłyszanymi gdzieś opiniami lub panem doktorem google.

To z pewnością nie jest pacjent, któremu dolega poważne schorzenie, bo i w takich niejednokrotnie można coś pomóc, taką czy inną metodą. To nie jest pacjent, który cierpi z bólu, bo ten jest jedynie objawem czegoś głębiej. Nie jest nim też ten, kto źle leczony, stracił zaufanie do lekarzy/leczących.

Przyjmuję więc wszystkich, którzy potrzebują pomocy w bólu, którzy chcą z niego wyjść i więcej do niego nie wracać. Przyjmuję z radością tych, którzy są zdecydowani coś pozmieniać, by ich myślenie o sobie i traktowanie własnego ciała uległo zmianie. Tych, którzy zaciekawieni są mechanizmami powstawania i leczenia dolegliwości. Proszę wierzyć – jest takich ludzi sporo :-).

Pozdrawiając z poniedziałku, serdecznie zapraszam!

Dlaczego nerw błędny jest jednym z ważniejszych nerwów człowieka?
Policzyłem dla żartu i aż usiadłem...